Gdybyśmy sami nie wzięli udziału w tej eskapadzie, to byśmy nie uwierzyli… Karmieni od lat coraz to bardziej ponurymi wizjami poziomu polskiego czytelnictwa, właściwie to już przekonani, że zainteresowanie czymś tak anachronicznym jak papierowe książki wśród naszej młodzieży tli się na poziomie agonalnego oddechu, z dużą dozą nihilistycznego sceptycyzmu i duszą na ramieniu zaproponowaliśmy naszym podopiecznym udział w Lubelskich Targach książki. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na ten nieśmiały apel, podszyty lękiem przed bardzo prawdopodobną kompromitacją zgłosiły się nieprzebrane tłumy bibliomanów i moli książkowych. Niestety z powodu ograniczonej liczby miejsc byliśmy zmuszeni wybrać zaledwie pięćdziesięciu śmiałków, przeto poddaliśmy ich – i tu bijemy się w piersi – obciążającej nasze sumienia selekcji, mającej wyłonić tylko najbardziej fanatycznych pożeraczy celulozy. Na cale szczęście ci wybrani nie przynieśli nam wstydu… Pod względem czytelniczej zachłanności porównać by ich można było tylko do „szarańczy”, bo z taką intensywnością obsiadali targowe stoiska i nie mniejszą zajadłością pustoszyli ich bibliofilskie skarby. Lublin był w szoku. Długo jeszcze lubelscy śmiertelnicy mieli sobie szeptem przekazywać zatrważające wieści o podkarpackich pożeraczach książek z okolic Nowej Sarzyny…
/ I. Dmitrowska, N. Słomiany, M. Lizak, T. Pytko/